Weekend w Miszkolcu i okolicach: termy, jaskinie i mniej znane szlaki w północnych Węgrzech

0
107
5/5 - (1 vote)

Nawigacja:

Pierwsze spotkanie z Miszkolcem: zapach siarki i zielone wzgórza Bükk

Auto staje na poboczu w Miskolctapolca, jest późne popołudnie, a szyba po wewnętrznej stronie lekko zaparowała od ciepłego powietrza z term. Przy otwarciu drzwi uderza charakterystyczny zapach siarki, gdzieś w tle słychać echo śmiechu z jaskiniowych basenów, a nad tym wszystkim unosi się para. To nie jest elegancki Budapeszt ani dopieszczony Eger – Miszkolc żyje innym rytmem, trochę bardziej „roboczym”, ale dzięki temu prawdziwym.

Miszkolc to miasto pracujące, przemysłowe, z długą historią związaną z hutnictwem i górnictwem. Nie ma tu wszechobecnych kamienic jak w Budapeszcie, za to za kilkanaście minut jazdy zaczynają się zielone, pofalowane wzgórza Parku Narodowego Bükk. Miasto jest centrum, w którym załatwia się codzienne sprawy, a prawdziwe „wakacje” zaczynają się w Miskolctapolca, Lillafüred i mniejszych miejscowościach porozrzucanych po dolinach.

Dla wielu osób północne Węgry to przede wszystkim Eger i Tokaj. Miszkolc rzadko pojawia się w pierwszym rzucie skojarzeń, a szkoda – bo łączy kilka rzeczy, których brakuje w popularniejszych miejscach: termy w jaskini, bliskość prawdziwych górskich szlaków i miejskie zaplecze, gdzie wieczorem można zjeść normalny obiad, a nie tylko „turystyczny talerz”.

Dojazd z Polski jest relatywnie krótki, ceny wciąż niższe niż w najbardziej znanych kurortach, a tłum turystów – o niebo mniejszy niż w Budapeszcie. Do tego dochodzi bardzo wygodne zestawienie: w ciągu dnia wędrówka po lesie lub spacer nad jeziorem Hámori, a wieczorem rozgrzewające kąpiele w Miskolctapolca kąpiele w skalnych korytarzach. Dla wielu osób to pierwszy kontakt z termami o tak specyficznym klimacie.

Miejsca takie jak Miszkolc mają jedną przewagę nad „pocztówkowymi” kierunkami. Nie przyciągają tłumów „dla zdjęcia”, więc jest większa szansa na spokojny, autentyczny kontakt z regionem – z jego rytmem dnia, kuchnią, językiem, czasem drobnymi niedociągnięciami, ale i serdecznością mieszkańców. To raczej wyjazd po wrażenia niż po perfekcyjne ujęcia na Instagram.

Jak zaplanować weekend: praktyczny układ 2–3 dni w Miszkolcu i okolicach

Wariant 2 dni: intensywny weekend z przewagą term

Przy wyjeździe na zaledwie dwie doby kluczowe staje się dobre poukładanie czasu. Przyjazd najlepiej planować na piątkowe popołudnie lub wczesny wieczór. Po zakwaterowaniu w Miszkolcu lub Miskolctapolca można od razu wyjść na spokojny spacer po okolicy: krótki rekonesans dojścia do term, sklepów, przystanków autobusowych. W piątek, po dłuższej jeździe, nie ma sensu planować wielkich atrakcji poza lekkim rozruchem i kolacją.

Sobota to dzień, w którym najwięcej da się „wyciągnąć” z pobytu. Dobrze jest podzielić go na dwie części: rano lekka aktywność (np. spacer po centrum Miszkolca lub przejazd do Lillafüred, krótki trekking w okolicach wodospadu Szinva), a po południu i wieczorem – długie kąpiele w jaskiniach Miskolctapolca. Taki układ ma sens z prostego powodu: po kilku godzinach w cieplej wodzie organizm robi się ciężki i senny, więc później nie będzie już chęci na ambitne trasy po górach.

Niedzielę można podzielić na dwie opcje. Jeśli wyjazd powrotny wypada popołudniu, poranek znów warto spędzić w naturze – krótszy szlak w okolicy Miszkolca (np. spacerową wersję trasy w Bükk) lub kawę nad jeziorem w Lillafüred. Jeśli trzeba wyjechać wcześniej, dobrze jest chociaż podskoczyć na rynek Miszkolca, przejść się główną ulicą Szent István do teatrów i kawiarni, żeby mieć choć minimalny obraz miejskiej części regionu.

Wariant 3 dni: piątek–niedziela z pełnym dniem w górach Bükk

Trzy dni pozwalają już wyraźnie odetchnąć i wcisnąć w plan nie tylko termy i krótkie spacery, ale też konkretny trekking w Bükk. Najbardziej logiczny rozkład: w piątek po przyjeździe krótki spacer po Miszkolcu i kolacja, sobota – cały dzień w Parku Narodowym Bükk lub w rejonie Lillafüred, niedziela – termy i powrót.

Sobota w górach może mieć różny poziom trudności. Dla osób mniej doświadczonych dobrym wyborem jest pętla z Lillafüred przez punkty widokowe i z powrotem nad jezioro Hámori. Bardziej zaprawieni mogą zaplanować dłuższy trekking w rejonie Répáshuta, Bánkút czy Bél-kő. Warto wyjść wcześnie – między 8 a 9 rano być już na szlaku – żeby uniknąć popołudniowego upału i mieć czas na nieśpieszny obiad po drodze.

Niedzielny poranek można poświęcić w całości na kąpiele w jaskini Miskolctapolca. Termy otwierają się zazwyczaj rano, a w pierwszych godzinach jest najmniej osób. Dwie, trzy godziny w środku spokojnie wystarczą, żeby poczuć klimat miejsca, popływać w różnych komorach i skorzystać z dodatkowych basenów na zewnątrz. Potem szybki obiad i wyjazd do domu – przy dobrym układzie ruchu wciąż zostaje rezerwa na spokojną jazdę.

Wydłużony weekend: 3,5 dnia z miejscem na spontaniczne odkrycia

Przy opcji „3,5 dnia” – np. wyjazd w czwartek po pracy, powrót w niedzielę – robi się przestrzeń na to, czego najczęściej brakuje podczas weekendów: luz i możliwość zboczenia z planu. Czwartek można potraktować jak etap tranzytowy: dojazd, zakwaterowanie, wieczorny spacer. Piątek przeznaczyć na termy (najlepiej wcześniejsze godziny, zanim przyjadą weekendowi goście) i lekkie poznawanie Miszkolca. Sobota – góry, niedziela – spokojny powrót z ewentualnym przystankiem w Egerze lub nad jeziorem Tisza.

Taki rozkład ma jeszcze jedną zaletę. W razie złej pogody łatwiej jest zamienić dni miejscami – np. przełożyć trekking na dzień, gdy nie ma deszczu, a termy wcisnąć wtedy, gdy pada. Miskolc i okolice oferują też kilka awaryjnych atrakcji „pod dachem”: muzea, piwnice winne, lokalne knajpy, gdzie można powoli spędzić wieczór.

Rytm dnia: kiedy jeść, kiedy parkować, kiedy się kąpać

Na weekendowych wyjazdach wiele zyskuje się, przesuwając dzień o godzinę lub dwie wcześniej. Śniadanie o 7:30–8:00, wyjście z noclegu przed 9:00 pozwalają ominąć szczytowy ruch na termach i szlakach. W Miskolctapolca najlepiej pojawić się tuż po otwarciu lub tuż przed zamknięciem – to momenty, gdy jest najmniej ludzi. Około południa dojeżdżają wycieczki i rodziny z dziećmi, robi się wyraźnie gęściej.

Parking w okolicach term i w Lillafüred potrafi się szybko zapełniać. Najbezpieczniej przyjechać do Lillafüred przed 10:00, wtedy łatwiej znaleźć miejsce blisko jeziora. W weekendy i w sezonie letnim trzeba liczyć się z tym, że „spontaniczne” podjechanie w południe skończy się krążeniem w poszukiwaniu wolnego miejsca i stratą 30–40 minut.

Posiłki dobrze jest planować albo wyraźnie przed, albo wyraźnie po standardowych węgierskich godzinach obiadu (około 12–14). Restauracje w okolicach term i popularnych punktów potrafią być wtedy pełne. Lepsza strategia: późne drugie śniadanie przed wejściem na szlak i wczesny obiad około 15:00, kiedy robi się luźniej.

Różne style podróży: para, rodzina, ekipa znajomych

Para szukająca spokojnego weekendu doceni nocleg w Miskolctapolca lub Lillafüred. Bliskość term albo jeziora sprawi, że nie trzeba będzie codziennie korzystać z auta – można wieczorem wyjść tylko na spacer i wino. W takim układzie jeden dzień w górach spokojnie można zamknąć w ramach normalnego czasu, a resztę przeznaczyć na leniwe korzystanie z wód termalnych.

Rodzina z dziećmi częściej wybiera bazę w Miszkolcu lub Miskolctapolca. W mieście łatwiej o sklepy, place zabaw, komunikację miejską, a w Miskolctapolca dodatkowym atutem jest strefa basenów zewnętrznych i pobliski park. Plan warto układać z zapasem: krótsze szlaki, dłuższe przerwy na jedzenie, maksymalnie 2–3 główne punkty dziennie. Dzieci szybko męczą się długimi przejazdami, za to potrafią pół dnia spędzić w wodzie.

Ekipa znajomych często ma większą tolerancję na „upakowany” program, ale i tutaj przeładowanie planu mści się zmęczeniem. Dobrym rozwiązaniem jest wybranie jednego „mocnego” dnia (np. dłuższy trekking z ogniskiem lub wieczorem w termach), a resztę potraktowanie luźniej. W grupie łatwiej też wynająć większy apartament lub domek, co obniża koszty noclegu.

Pojawia się prosty wniosek: najlepszy plan na weekend w Miszkolcu to taki, w którym między głównymi punktami są celowe „okna” na spontaniczne decyzje. Czasem najciekawszy moment wyjazdu dzieje się wtedy, gdy bez planu siada się na ławce w Lillafüred i po prostu patrzy na jezioro.

Budapeskie kąpielisko termalne Széchenyi w słoneczny dzień
Źródło: Pexels | Autor: Zsuzsa ZSUZSA

Dojazd do Miszkolca z Polski: realne trasy, czas i koszty

Samochodem przez Słowację: najczęstszy wybór z południa i centrum Polski

Dla większości osób z południa i centrum Polski najbardziej naturalna trasa do Miszkolca prowadzi przez Słowację. Z Krakowa, Rzeszowa czy Katowic najczęściej jedzie się w kierunku przejścia granicznego w Barwinku lub Chyżnem, a potem przez Preszów, Koszyce i dalej na M30 do Miszkolca. Odcinek słowacki ma różny standard – od dróg ekspresowych po zwykłe krajówki z ograniczeniami prędkości.

Przy takiej trasie warto uwzględnić kilka wąskich gardeł: okolice Preszowa i Koszyc potrafią się korkować w godzinach szczytu, a mniejsze miejscowości na drodze krajowej spowalniają przejazd. W zamian zyskuje się jednak brak dodatkowych granic i stosunkowo prostą nawigację – kilka głównych dróg, niewiele kluczowych zjazdów.

Z Warszawy czy Łodzi alternatywą bywa trasa przez Katowice i dalej na południe lub bardziej wschodni wariant przez Lublin i Rzeszów. Różnica w czasie bywa znacząca – dodatkowa godzina lub półtorej w jedną stronę przy weekendzie naprawdę robi różnicę, więc przy krótszych wyjazdach opłaca się wybrać najszybszy wariant, nawet jeśli oznacza dłuższy odcinek autostradowy.

Przez Czechy i Słowację: wygodniej, ale dłużej

Część kierowców z zachodniej Polski wybiera trasę przez Czechy, Słowację i następnie Węgry. Z Wrocławia, Opola czy Gliwic do Brna, potem przez Bratysławę lub Nitry w stronę Miszkolca jazda przebiega w większości po drogach szybkiego ruchu. Komfort jest wyższy, ale kilometrów i opłat za winiety przybywa. Na weekend, gdy liczy się każda godzina na miejscu, trzeba skalkulować, czy dodatkowe 100–200 km nie zje zbyt dużej części czasu przeznaczonego na odpoczynek.

Trasa czesko-słowacka ma sens wtedy, gdy planuje się dłuższy wyjazd lub łączy Miszkolc z innymi regionami, np. z południową Słowacją. Przy krótkim wypadzie lepiej zazwyczaj wybrać najkrótszy czas przejazdu, zamiast najładniejszej drogi. Dodatkową zaletą tego wariantu jest dobre oznakowanie i liczne miejsca na postój – stacje benzynowe, parkingi, zajazdy tuż przy autostradach.

Winiety, mandaty i parkowanie na miejscu

Przejazd przez Słowację i Węgry wymaga wykupienia winiet. Najprościej kupić je online na oficjalnych stronach lub na stacji paliw przed wjazdem na dane terytorium. Bezpieczniej uniknąć „tajemniczych pośredników” sprzedających winiety w zawyżonych cenach lub w wątpliwych punktach. Węgierska winieta jest elektroniczna – po zakupie otrzymuje się potwierdzenie, ale nie trzeba nic przyklejać na szybę.

Na Węgrzech wiele dróg szybkiego ruchu wymaga winiety, a kamery automatycznie sprawdzają tablice rejestracyjne. Brak ważnej winiety oznacza mandat, który może dotrzeć po kilku tygodniach do Polski. Lepiej poświęcić te kilkanaście minut na zakup, niż potem szukać sposobów na odwołanie się lub negocjowanie kwoty.

Parkowanie w Miszkolcu jest w dużej mierze płatne w centrum, ale stawki są niższe niż w Budapeszcie. W okolicach term w Miskolctapolca obowiązują strefy parkingowe z parkomatami lub prywatne parkingi przy pensjonatach i kąpielisku. Zdarza się, że gospodarze noclegów oferują bezpłatne miejsce dla gości – przy rezerwacji warto to dopytać. W Lillafüred płatne parkingi są skoncentrowane przy hotelu Hunguest Palota i nad jeziorem, a kontrola biletów jest dość skrupulatna.

Pociągi, autobusy i loty: alternatywy dla auta

Pociągiem z przesiadką: jak to realnie wygląda

Kiedy po całym dniu jazdy autem kolana przypominają o swoim istnieniu, wizja podróży pociągiem nagle zaczyna wyglądać znacznie atrakcyjniej. Szczególnie przy dłuższym weekendzie, gdy po prostu chce się wsiąść, usiąść przy oknie i dać się wieźć. Do Miszkolca da się tak dojechać, ale wymaga to jednego: cierpliwego zaplanowania przesiadek.

Najczęstszy wariant z Polski prowadzi przez Budapeszt. Z większych miast – Warszawy, Krakowa, Katowic – kursują pociągi międzynarodowe do stolicy Węgier, dalej zaś co kilkadziesiąt minut ruszają pociągi regionalne i pospieszne do Miszkolca. Sama przesiadka na Keleti lub Nyugati to zazwyczaj kwestia kilkudziesięciu minut, ale dobrze jest zostawić sobie zapas: opóźnienia na trasach międzynarodowych nie są niczym niezwykłym.

Druga opcja to połączenia przez Słowację – np. z Katowic lub Krakowa przez Żylinę, Koszyce i dalej w stronę Miszkolca. Ten wariant bywa tańszy, ale liczba przesiadek i łączny czas podróży często zniechęcają przy krótkim wypadzie. Ma sens głównie dla osób, które po drodze chcą zatrzymać się na noc np. w Koszycach.

Rezerwując bilety, lepiej od razu załatwić całą trasę w jednym systemie (PKP Intercity, MAV, ewentualnie słowacki przewoźnik), niż kupować „na raty” po drodze. Raz – mniej stresu przy ewentualnym opóźnieniu, dwa – łatwiej wyłapać sensowne kombinacje godzin.

Wniosek jest prosty: pociąg ma sens dla osób, które nie lubią prowadzić lub planują dłuższy pobyt, a sam dojazd traktują jako część wyjazdu. Na typowy, krótki weekend z Polski południowej nadal wygrywa samochód.

Autokary i busy: opcja dla wytrwałych

Każdy, kto choć raz wysiadał z nocnego autokaru po kilkunastu godzinach, zna to uczucie: człowiek niby jest już na miejscu, ale głowa i kręgosłup jeszcze jadą. Do Miszkolca autokary nie kursują tak gęsto jak do Budapesztu, ale da się tam dotrzeć, zwykle z jedną przesiadką.

Standardowy scenariusz wygląda tak: autokar z Polski do Budapesztu, a stamtąd dalej pociągiem lub autobusem regionalnym do Miszkolca. Czas podróży wydłuża się w porównaniu z autem, ale koszty – zwłaszcza przy wcześniejszej rezerwacji – bywają korzystne. Trzeba tylko pogodzić się z nocną jazdą i mniejszą elastycznością godzin.

W tym miejscu przyda się jeszcze jeden praktyczny punkt odniesienia: Dzikie konie i step w Hortobágy: gdzie je zobaczyć bez przewodnika.

Busy i mniejsze firmy przewozowe czasem oferują przejazdy „do Miszkolca i okolic”, szczególnie z południa Polski. Tego typu oferty działają bardziej sezonowo i często opierają się na zapytaniach grupowych – zapisuje się kilka osób, przewoźnik kompletuje resztę. Plusem bywa odbiór z konkretnego miasta w Polsce i wysadzenie niedaleko miejsca noclegu, minusem – ścisłe godziny i brak kontroli nad przerwami.

Lot do Budapesztu i dalej: kiedy gra jest warta świeczki

Przy pierwszym planowaniu wyjazdu na Węgry lot wydaje się czymś na wyrost: „Przecież to blisko, po co samolot?”. A jednak przy tanich biletach z Warszawy, Gdańska czy Krakowa lot do Budapesztu, a potem przejazd do Miszkolca potrafi czasowo wypaść korzystnie – zwłaszcza jeśli mieszka się daleko od południowej granicy.

Z lotniska w Budapeszcie najprościej dostać się do centrum autobusem 100E lub kombinacją zwykłego autobusu i metra, a potem przesiąść na pociąg do Miszkolca na Keleti. Sama podróż pociągiem z Budapesztu trwa około dwóch godzin, a częstotliwość połączeń jest wygodna również w weekendy. Całość – od lądowania do dotarcia do Miszkolca – zwykle zamyka się w kilku godzinach.

Lot ma sens przy dłuższym pobycie (4–7 dni) lub wtedy, gdy łączysz Miszkolc z Budapesztem. Można zacząć od stolicy, spędzić tam 1–2 dni, a potem przesiąść się w pociąg na północny wschód i zakończyć wyjazd spokojniejszymi termami i górami.

Gdzie spać: baza w mieście czy bliżej gór i term

Nocleg w Miszkolcu: wygoda miasta i kompromisowe położenie

Po całym dniu na szlaku miasto potrafi działać jak kotwica: łatwiej kupić coś na kolację, znaleźć czynny lokal, szybko wyskoczyć po brakującą rzecz. Miejski Miszkolc pod tym względem wygrywa z mniejszymi miejscowościami w okolicy – szczególnie poza sezonem.

Centrum oferuje szeroki wybór noclegów: od prostych pokoi i hosteli po apartamenty w zrewitalizowanych kamienicach. To dobry wybór dla osób podróżujących komunikacją publiczną: z dworca kolejowego i autobusowego łatwo dojechać tramwajem lub autobusem zarówno do Miskolctapolca, jak i w stronę Lillafüred. Wieczorem można przejść się po rynku, usiąść w kawiarni, zobaczyć miasto w zwykłym, „nie-turystycznym” rytmie.

Minusem jest konieczność codziennych dojazdów do term lub w góry. Samochodem to kwestia kilkunastu–kilkudziesięciu minut, ale w szczycie sezonu i przy gorszym ruchu zbierze się z tego zauważalna suma czasu. Przy krótkim weekendzie może to być jedyny argument za wyborem czegoś bliżej atrakcji.

Wniosek: miasto sprawdza się, gdy Miszkolc traktuje się nie tylko jako bazę wypadową, ale też jako cel sam w sobie – z wieczornymi spacerami, lokalnymi knajpami i kawałkiem zwykłego, węgierskiego życia.

Miskolctapolca: najbliżej jaskini, ale z turystyczną otoczką

Wejście z ręcznikiem przerzuconym przez ramię, pięć minut spaceru i już stoi się przy kasach term – to typowy poranek w Miskolctapolca. Noclegi w tej dzielnicy wybierają ci, dla których termy są sercem całego wyjazdu: chcą być na miejscu od otwarcia do zamknięcia, robić przerwy na obiad w pokoju i wieczorem jeszcze wpaść na szybkie zanurzenie.

Oferta noclegowa to głównie pensjonaty, mniejsze hotele i apartamenty. Standard jest bardzo różny: od prostych pokojów „na jedną noc” po odnowione obiekty ze strefą wellness. Plusem jest bliskość parku, basenów zewnętrznych i spokojniejsza, „uzdrowiskowa” atmosfera, szczególnie poza weekendami.

Trzeba jednak liczyć się z tym, że okolica żyje rytmem kąpieliska. W sezonie letnim pojawia się więcej straganów, ruch samochodów rośnie, a restauracje w okolicy pracują głównie pod kątem gości term. Kto szuka absolutnej ciszy, może mieć wrażenie lekkiego „kurortu pod miastem”.

Miskolctapolca dobrze sprawdza się jako baza przy wyjeździe z dziećmi lub dla par, które chcą spędzić sporo czasu w wodzie, a w góry wyskoczyć tylko raz, może dwa. Przy intensywnym trekkingu i chęci korzystania z miasta codzienne dojazdy mogą zacząć męczyć.

Lillafüred i okolice: widok na jezioro zamiast wieczornego gwaru

Poranek, gdy otwierasz drzwi na balkon i zamiast odgłosu tramwaju słyszysz wodospad Szinva i odgłosy ptaków nad jeziorem Hámori, ustawia cały dzień w innym tempie. Lillafüred to klasyczny przykład miejsca, gdzie nocleg jest już atrakcją – nie tylko punktem na mapie.

W samym Lillafüred oferta noclegowa jest skromniejsza niż w Miszkolcu czy Miskolctapolca. Dominuje duży hotel nad jeziorem i kilka mniejszych pensjonatów oraz prywatnych kwater w okolicznych miejscowościach (np. Mályinka, Répáshuta). W zamian dostaje się szybki dostęp do szlaków, możliwość porannych spacerów nad jeziorem bez tłumów i wieczory, gdy większość jednodniowych turystów już wyjechała.

Minusem jest konieczność dojazdu po zakręconych, górskich drogach – szczególnie zimą czy przy gorszej pogodzie. Zakupy trzeba zaplanować wcześniej, bo lokalna infrastruktura jest ograniczona: kilka punktów gastronomicznych, sezonowe stoiska, niewielkie sklepy w pobliskich wsiach. To raczej miejsce dla tych, którzy lubią przygotować prostą kolację w apartamencie niż codziennie sprawdzać różne restauracje.

Dla miłośników szlaków i spokojnego wieczornego siedzenia z kubkiem herbaty (albo kieliszkiem lokalnego wina) Lillafüred i okolice będą jednym z przyjemniejszych wyborów. Kąpiele w termach traktuje się wtedy jako dodatek, a nie główny punkt programu.

Mniejsze wsie w okolicy: cisza, ciemne niebo i dojazdy

Są osoby, które przy rezerwacji noclegu najpierw sprawdzają jedną rzecz: czy w nocy będzie ciemno i cicho. Dla nich okolice Miszkolca oferują dziesiątki małych wsi i osad schowanych w dolinach, gdzie po zmroku naprawdę niewiele się dzieje – i właśnie o to chodzi.

W takich miejscach łatwo znaleźć domki do wynajęcia, często z ogrodem, miejscem na ognisko, prostą altaną. To dobre rozwiązanie dla większej grupy znajomych lub rodzin jadących dwoma samochodami: koszty rozkładają się korzystnie, a każdy ma trochę swojej przestrzeni. Poranki są dłuższe, śniadanie przesuwa się o pół godziny tylko dlatego, że nikt się nigdzie nie spieszy.

Do minusów należą dojazdy – czasowo podobne lub dłuższe niż z Miszkolca, za to prowadzące po węższych, mniej oczywistych drogach. Na spontaniczny wypad wieczorem do miasta zazwyczaj brakuje już energii. Taka baza sprawdza się najlepiej, gdy plan jest prosty: w ciągu dnia jedno, dwa główne wyjścia (termalne kąpiele, trekking, krótka wycieczka), a reszta czasu to po prostu bycie „u siebie”.

Termalne kaskady Saturnii z lotu ptaka wśród toskańskiej zieleni
Źródło: Pexels | Autor: Gianluca Colombi

Termalne serce regionu: jak ogarnąć kąpiele w jaskiniach Miskolctapolca

Jak działa kąpielisko: strefy, w których łatwo się zgubić

Pierwsze wejście do kąpieliska w Miskolctapolca bywa lekko przytłaczające: kasy, bramki, szatnie, kolejne korytarze, dźwięk pluskającej wody z kilku stron naraz. Po kilku minutach wszystko składa się w logiczną całość, ale dobrze jest wejść tam z ogólną mapą w głowie.

Kąpielisko dzieli się na kilka głównych stref: część wewnętrzną w jaskiniach, baseny termalne pod zadaszeniem, baseny zewnętrzne (czynne sezonowo) oraz strefy dodatkowe, jak sauny czy gabinety zabiegowe. Bilet podstawowy obejmuje zwykle wejście do basenów i samej jaskini; za część dodatków płaci się osobno lub w ramach wyższych pakietów.

Po przejściu przez kasy otrzymuje się elektroniczny zegarek lub kartę – to nią otwierają się szafki i rozlicza ewentualne dodatkowe usługi na terenie obiektu. W szatniach funkcjonuje system wspólnych przebieralni i osobnych kabin; dla osób mniej obyłych z termami dobrze jest zabrać lekką torbę, w której łatwo przenosi się ręcznik, klapki i butelkę wody między strefami.

Mini-wniosek: pierwsze 15–20 minut warto potraktować jak orientację w terenie, a nie „ściganie się” na to, by od razu wejść do każdego basenu.

Jak się przygotować: sprzęt, strój i małe patenty z praktyki

Największy błąd wielu osób: przyjechać z jedną koszulką, jednym ręcznikiem i telefonem w dłoni. W jaskiniach powietrze jest ciepłe i wilgotne, a wszystko, co łatwo wypaść z ręki, ma spore szanse wylądować w wodzie.

Praktyczny zestaw wygląda zwykle tak:

  • strój kąpielowy, który dobrze trzyma się ciała (długie, „plażowe” spodenki potrafią ciążyć w wodzie),
  • klapki z nieśliską podeszwą,
  • ręcznik lub dwa – jeden do wycierania, drugi, jeśli planujesz siedzieć dłużej na zewnątrz,
  • mała, szczelna saszetka lub worek na mokre rzeczy,
  • butelka wody – termy odwadniają szybciej, niż się wydaje.

Telefon najlepiej zostawić w szafce lub schować w wodoodporne etui; jaskinie kuszą do robienia zdjęć, ale ryzyko przypadkowego zanurzenia sprzętu jest realne. Wiele osób docenia też lekką koszulkę z szybkoschnącego materiału – przy dłuższym siedzeniu w basenach o wyższej temperaturze komfort bywa większy.

Prosty trik: przyjedź już przebrany w strój kąpielowy pod ubraniami. Przejście przez szatnie idzie wtedy znacznie szybciej, szczególnie w godzinach szczytu.

Gdzie zacząć w środku: spokojny start zamiast sprintu

Pierwszy odruch po wejściu do jaskini to zwykle: „chcę zobaczyć wszystko”. W praktyce lepiej dać ciału kilkanaście minut na oswojenie się z temperaturą wody i specyficznym, lekko pogłosowym dźwiękiem wnętrza. Dobry start to jeden z basenów o umiarkowanej temperaturze, z możliwością swobodnego pływania lub unoszenia się na wodzie.

Po krótkim rozgrzaniu można przejść do bardziej charakterystycznych części kompleksu – basenów z prądami wodnymi, węższych korytarzy jaskiniowych, stref z masażami wodnymi. Znajdują się tam miejsca, gdzie trudno utrzymać się w miejscu, a zabawa polega właśnie na daciu się ponieść nurtowi – dla dzieci i dorosłych to jedna z najciekawszych atrakcji.

Optymalna kolejność atrakcji: kiedy jaskinie, kiedy baseny zewnętrzne

Scenka bywa podobna: ktoś wchodzi do jaskini, od razu pakuje się w najcieplejszy basen, po godzinie czuje się jak po całym dniu na słońcu, a na zewnętrzne baseny zostaje mu tylko „na szybko”. Da się to ułożyć tak, żeby wyjść z term zmęczonym przyjemnie, a nie wykończonym.

Do kompletu polecam jeszcze: Willa w lesie pod Sopronem: spacer do zapomnianej rezydencji — znajdziesz tam dodatkowe wskazówki.

Rozsądny układ dnia wygląda mniej więcej tak: na początku spokojne baseny o średniej temperaturze, potem eksploracja jaskiń i atrakcyjniejsze strefy z prądami wodnymi, a dopiero na koniec dłuższe „dogrzanie się” w cieplejszej wodzie. Jeśli pogoda dopisuje, warto zrobić przerwę na zewnątrz – po 40–60 minutach w jaskini świeże powietrze i odrobina słońca działają jak reset.

Przy pełnym dniu na kąpielisku sporo osób stosuje prosty rytm: godzina–półtorej w wodzie, chwilowa przerwa na leżaku lub ławce, łyk wody, krótka przekąska. Bez tego głowa zaczyna „puchnąć” szybciej niż ciało; termalna kąpiel to dla organizmu wysiłek, nawet jeśli siedzi się tylko po szyję w ciepłej wodzie.

Mini-wniosek: lepiej wyjść z wody z lekkim poczuciem niedosytu niż z bólem głowy i wrażeniem, że następnego dnia nie ma siły na żadną wycieczkę.

Godziny szczytu i spokojniejsze pory: kiedy faktycznie jest luźniej

Typowy sobotni scenariusz: do południa w wodzie jest jeszcze swobodnie, po 13. robi się tłoczno, a kolejki pod prysznicami dłuższe niż się zakładało. Kto miał pomysł, żeby „przyjechać po obiedzie, bo wtedy będzie luźniej”, często szybko rewiduje swoje założenia.

Najspokojniej jest zwykle tuż po otwarciu oraz w późnych godzinach popołudniowych w dni powszednie. Rano spotyka się głównie osoby, które przyjechały specjalnie na kąpiele i chcą wykorzystać cały dzień, wieczorem – mieszkańców okolicy oraz tych, którzy traktują termy jako „dogrzanie się” po wycieczce w góry.

Weekend w sezonie letnim oznacza większy tłum, szczególnie w zewnętrznych basenach. Jeśli ma się elastyczny plan, dobrym pomysłem jest zaplanowanie intensywniejszej wizyty w jaskiniach w piątek lub poniedziałek, a sobotę przeznaczyć na góry czy krótszą, popołudniową sesję w wodzie. W deszczowe dni środek tygodnia bywa zaskakująco wypełniony – wielu turystów z okolicznych miejscowości wpada wtedy „na przeczekanie pogody”.

Drobna praktyczna rada: jeżeli w recepcji lub przy kasach widać wyraźną kolejkę, lepiej od razu założyć, że w środku część atrakcji będzie bardziej oblegana i nastawić się na spokojniejsze korzystanie z tego, co akurat jest pod ręką, zamiast koniecznie „odhaczać” każdy basen.

Bezpieczeństwo i komfort: dzieci, seniorzy, osoby mniej sprawne

Na pierwszy rzut oka jaskinie wyglądają jak wielki, wodny plac zabaw. W praktyce są tam miejsca, gdzie prądy wodne i różnice głębokości potrafią zaskoczyć nawet dorosłych, którzy nie czują się pewnie w wodzie.

Jeśli ktoś przyjeżdża z dziećmi, najlepiej zacząć od płytszych, spokojniejszych basenów i przechodzić do bardziej „dynamicznych” stref dopiero wtedy, gdy maluchy oswoją się z temperaturą, akustyką jaskini i samą wodą. Dobrze sprawdzają się rękawki lub inny sprzęt wypornościowy – nie po to, żeby dzieci „wrzucać w prąd”, ale by czuły się swobodniej przy brzegu.

Dla seniorów oraz osób z problemami krążeniowymi kluczowa jest długość sesji w cieplejszych basenach. Lepiej kilka krótszych wejść przedzielonych odpoczynkiem niż jedno długie, po którym trudno wyjść po schodkach. Warto też zwracać uwagę na poślizg – mokre płytki i kamienne podłoże w połączeniu z klapkami o gorszym bieżniku to prosty przepis na nieprzyjemny upadek.

Osoby mniej sprawne ruchowo mogą liczyć na ułatwienia w postaci podjazdów czy poręczy w części stref, ale nie każdy basen jaskiniowy jest równie dostępny. Zdarza się, że do ciekawszych zakamarków prowadzą wąskie przejścia lub schody o różnej wysokości stopni. Z tego powodu sensowne bywa wybranie kilku basenów, gdzie dojście jest pewne i komfortowe, zamiast usiłować „zaliczyć” wszystkie możliwe miejsca.

Mini-wniosek: dla części osób największą atrakcją będzie jedna, bezpieczna strefa, w której można spokojnie siedzieć, a nie najbardziej „instagramowy” fragment jaskini.

Wyżywienie na miejscu i w okolicy: czy brać kanapki, czy liczyć na bufet

Jeden z częstszych dylematów brzmi: „jechać na lekko i jeść na miejscu czy pakować pół lodówki do plecaka?”. Odpowiedź zależy od budżetu i podejścia do czasu spędzonego w termach.

Na terenie kąpieliska działają punkty gastronomiczne z podstawowym zestawem: ciepłe dania typu fast-food, przekąski, napoje, lody. Ceny są wyższe niż w zwykłych barach w mieście, ale nie odstają od innych tego typu obiektów termalnych na Węgrzech. Kto chce jeść wyłącznie „na miejscu”, poradzi sobie bez problemu, zwłaszcza przy jednodniowej wizycie.

Przy dłuższym siedzeniu bardziej opłaca się zabrać ze sobą przynajmniej część prowiantu: wodę, owoce, coś lekkiego do przegryzienia między wejściami do wody. Ciężkie, bardzo tłuste dania w połączeniu z gorącą kąpielą sprzyjają senności i spadkom ciśnienia; po obfitym obiedzie dobrze zrobić co najmniej półgodzinną przerwę przed kolejnym wejściem do gorących basenów.

Jeżeli ktoś nocuje w Miskolctapolca, wygodną strategią jest przerwa obiadowa „w domu” – wyjście z term na godzinę lub półtorej, spokojny posiłek w apartamencie i powrót z nową energią. Karty i zegarki wykorzystywane do wejścia pomaga-ją ogarnąć ponowne wejście zgodnie z regulaminem; szczegóły dobrze sprawdzić przy kasie, bo zasady mogą się różnić w zależności od sezonu.

Po kąpieli: jak nie zmarnować reszty dnia

Często wygląda to tak: wyjazd do term od rana, powrót późnym popołudniem, potem prysznic, chwilowe „usiądę na łóżku” i nagle jest po 20:00. Przy krótkim weekendzie zostaje wrażenie, że dzień skończył się na jaskiniach.

Lepszy jest prosty, ale świadomy plan: z góry założyć, ile czasu faktycznie chce się spędzić w wodzie – cztery, może pięć godzin, zamiast odruchowego „całego dnia”. Pozostałe dwie–trzy godziny popołudnia można wtedy przeznaczyć na spokojny spacer po parku w Miskolctapolca, krótki wypad do centrum Miszkolca albo przejazd do Lillafüred na wieczorny obchód jeziora.

Po intensywnej kąpieli dobrze sprawdza się aktywność lekka: niespieszny spacer, przejazd kolejką wąskotorową, kawa lub kolacja na świeżym powietrzu. Cięższy trekking tego samego dnia, szczególnie w upale, bywa już mniej przyjemny – organizm jest rozgrzany i lekko „rozleniwiony”, a koncentracja niższa niż rano.

Mini-wniosek: termy świetnie robią jako główna atrakcja jednego z dni, ale w połączeniu z choć krótkim spacerem lub przejazdem do innego miejsca dają poczucie pełniejszego wykorzystania wyjazdu.

Mniej znane szlaki w okolicach Miszkolca: gdzie uciec przed tłumem

Dlaczego warto odjechać 20 minut od głównych atrakcji

Obrazek bywa powtarzalny: parking w Lillafüred pełny, nad jeziorem Hámori spacerowy tłum, a na najbardziej widokowym moście trzeba chwilę poczekać na „swoje” zdjęcie. Tymczasem kilkanaście kilometrów dalej idzie się przez las i przez godzinę nie mija się nikogo.

Północne Węgry to nie tylko słynne punkty widokowe i nazwane jaskinie, ale też gęsta sieć lokalnych szlaków prowadzących przez bukowe lasy, doliny potoków i niewysokie, ale bardzo widokowe grzbiety. Część z nich łączy wsie, inne są pozostałością dawnych traktów leśnych.

Największą przewagą tych mniej znanych tras jest spokój: brak gwaru, możliwość zatrzymania się, gdzie tylko przyjdzie ochota, i wrażenie „bycia w terenie”, a nie w popularnym parku rozrywki. Przy weekendowym wyjeździe wystarczy zaplanować choć jeden dzień na taki mniej oczywisty wypad, żeby balans między termami a górami zaczął się układać naturalnie.

Okolice Répáshuta i Bükkszentkereszt: serce lasów Bükk

Wyjazd w kierunku Répáshuty zwykle zaczyna się od zakrętów w górę i lekkiego zdziwienia, że tak blisko Miszkolca może być aż tak zielono. Z miejskich ulic w kilka–kilkanaście minut wjeżdża się w gęsty las, gdzie zasięg w telefonie zaczyna działać bardziej kapryśnie, a tempo dnia samoistnie zwalnia.

Répáshuta i Bükkszentkereszt to dobre bazy wypadowe na spokojne, leśne szlaki o umiarkowanych przewyższeniach. Ścieżki wiodą najczęściej przez bukowe i mieszane lasy, przecinając doliny potoków, mijając śródleśne polany i mniejsze formacje skalne. Krajobraz nie jest dramatyczny jak w wysokich górach, ale bardzo kojący – idealny, gdy celem jest „przewietrzyć głowę”, a nie zaliczyć rekord na zegarku sportowym.

Szlaki są oznakowane, choć miejscami tabliczki bywają stare lub mniej oczywiste. Zanim ruszy się w teren, dobrze jest pobrać offline’ową mapę na telefon lub mieć przy sobie klasyczną, papierową. Dzięki temu można pozwolić sobie na spontaniczne wydłużenie wycieczki bez obawy, że w okolicy wieczoru zabraknie czasu na powrót do auta lub przystanku autobusu.

Po drodze rzadko spotyka się rozbudowaną infrastrukturę: budki z jedzeniem, bary czy schroniska to raczej wyjątek niż reguła. Zapas wody i przekąsek trzeba więc zaplanować wcześniej, podobnie jak porę wyjścia – im wcześniejszy start, tym większa szansa, że dużą część trasy przejdzie się praktycznie w samotności.

Jeśli chcesz pogłębić temat i zobaczyć więcej przykładów z tej niszy, zajrzyj na więcej o podróże.

Mini-wniosek: gdy Lillafüred wydaje się zbyt zatłoczony, przerzucenie się o jedno pasmo gór dalej zmienia wszystko – krajobraz podobny, liczba ludzi zupełnie inna.

Krótkie, popołudniowe trasy: coś między termami a kolacją

Nie każdy dzień w górach musi oznaczać całodniowy marsz z prowiantem w plecaku. Często szuka się czegoś na dwie–trzy godziny: tyle, żeby się poruszać, ale nie wrócić z uczuciem, że „nogi wyszły uchem”.

W okolicach Miszkolca łatwo znaleźć okrężne ścieżki lub tam–i–z powrotem trasy, które zaczynają się blisko dróg dojazdowych. Przykładowo, z obrzeży miasta można wejść leśnymi drogami na niewysokie wzgórza, skąd rozciąga się widok na zabudowę i dalsze pasma górskie. Tego typu ścieżki są świetne jako „poranny rozruch” przed termami albo jako lekki trekking po krótszym dniu w wodzie.

Przy planowaniu takich wyjść przydaje się zdrowy rozsądek: jeśli po kilku godzinach w termach ciało jest wyraźnie rozleniwione, lepiej postawić na trasę z łagodnymi podejściami i spokojnym zejściem, zamiast ambitnego zygzaka w górę i w dół. Wbrew pozorom właśnie na pozornie łatwych, wieczornych ścieżkach zdarzają się potknięcia – zmęczenie robi swoje.

Dobrym zwyczajem jest start z zapasem czasu do zmroku, tak aby ostatni odcinek pokonywać jeszcze w pełnym świetle. Choć ścieżki są stosunkowo łagodne, nocny powrót po liściach i kamieniach nie należy do przyjemności, zwłaszcza gdy do auta trzeba jeszcze kawałek dojechać wąską, leśną drogą.

Mniej oczywiste punkty widokowe i jaskinie poza głównym szlakiem

Scenariusz jest prosty: większość osób jedzie do kilku najbardziej znanych jaskiń i platform widokowych, bo pojawiają się na pierwszych stronach przewodników. Tymczasem lokalne oznakowania prowadzą też do mniejszych, nazwanych skał, wychodni i punktów obserwacyjnych, które oferują panoramiczne widoki przy znacznie mniejszej publiczności.

W lasach Bükk i okolicznych pasmach nie brakuje niewielkich jaskiń czy zagłębień skalnych, do których prowadzą krótkie, boczne ścieżki od głównych szlaków. Część z nich jest oznaczona tabliczkami, inne pojawiają się tylko na bardziej szczegółowych mapach. Często są to miejsca bez infrastruktury – brak barierek, oświetlenia, czasem nawet wyraźnie wydeptanej ścieżki tuż przy wejściu.

Przy odwiedzaniu takich punktów rozsądek staje się ważniejszy niż ciekawość. Wejście kilka kroków w głąb, obejrzenie wnętrza z bezpiecznego miejsca, zrobienie zdjęcia i wycofanie się – to zwykle wystarczające doświadczenie. Dalsza eksploracja bez odpowiedniego sprzętu, szczególnie po deszczu, może szybko zamienić się z przygody w kłopot.

Mini-wniosek: małe, boczne atrakcje najlepiej traktować jak deser do głównej wycieczki, a nie samodzielny cel, który „trzeba” eksplorować do końca.

Jak łączyć szlaki z bazą noclegową i termami

Najczęściej zadawane pytania (FAQ)

Jak zaplanować weekend w Miszkolcu i Miskolctapolca – 2 czy 3 dni?

Wyobraź sobie piątek wieczór: zrzucasz bagaż w pensjonacie, robisz krótki spacer do term i tylko „oswajasz teren”. Na tak krótki wyjazd 2 dni wystarczą, jeśli chcesz głównie termy i lekkie spacery. Układ bywa prosty: piątek przyjazd i kolacja, sobota – pół dnia natura (Miszkolc/Lillafüred), pół dnia kąpiele w jaskiniach, niedzielny poranek – jeszcze krótki spacer lub centrum miasta i powrót.

Przy 3 dniach wchodzą już „prawdziwe” góry: jeden pełny dzień możesz poświęcić na trekking w Parku Narodowym Bükk (np. okolice Lillafüred, Bánkút, Répáshuta), a osobny dzień na termy. 3,5 dnia (wyjazd w czwartkowe popołudnie) daje największy luz – masz margines na złą pogodę i spontaniczne zbaczanie z planu, np. przystanek w Egerze w drodze powrotnej.

Gdzie lepiej nocować: Miszkolc, Miskolctapolca czy Lillafüred?

Wiele osób po pierwszym wieczorze dochodzi do wniosku, że chce być „albo przy wodzie, albo przy górach”. Miskolctapolca sprawdza się dla tych, którzy chcą codziennie zaglądać do jaskiniowych term – dojście pieszo, wieczorne spacery po parku, mniej miejskiego zgiełku. Lillafüred z kolei jest idealny, jeśli priorytetem są szlaki, jezioro Hámori i zielone otoczenie – za to trzeba się liczyć z mniejszą liczbą sklepów.

Sam Miszkolc warto wybrać, jeśli zależy ci na:

  • miejskiej infrastrukturze (sklepy, knajpy, komunikacja);
  • bazie wypadowej „po środku” – łatwy dojazd i do term, i w góry;
  • niższych cenach noclegów niż w najbardziej turystycznych punktach.
  • To dobry kompromis dla rodzin i ekip znajomych, które wieczorem chcą „normalnego miasta”, a nie tylko kurortu.

Jak wygląda pobyt w termach jaskiniowych Miskolctapolca i kiedy najlepiej przyjść?

Scenariusz jest zwykle podobny: pierwsze wejście to lekki szok – zapach siarki, ciepła para, echo głosów w skalnych korytarzach. Termy składają się z kilku jaskiniowych komór z różną temperaturą wody i strefy zewnętrznej. Typowa wizyta trwa 2–3 godziny: powolne pływanie, przechodzenie między grotami, chwila na leżakach i ewentualnie zewnętrzne baseny.

Najspokojniej jest:

  • rano, tuż po otwarciu – dobra opcja na niedzielę lub dzień roboczy;
  • w okolicach zamknięcia – w weekend wieczorem bywa luźniej niż w południe.
  • W południe i wczesnym popołudniem zjeżdżają wycieczki i rodziny, wtedy robi się tłok. Kąpiel po intensywnym trekkingu lepiej zaplanować na późne popołudnie – i tak po ciepłej wodzie mało komu chce się już chodzić po górach.

Jak uniknąć tłumów i problemów z parkowaniem w Lillafüred i przy termach?

Klasyczny scenariusz „turysty w stresie” wygląda tak: przyjazd do Lillafüred koło południa, trzy kółka wokół parkingu, 30 minut w korku i nerwowe szukanie miejsca. Żeby tego uniknąć, najlepiej:

  • być w Lillafüred przed 10:00 – wtedy łatwiej o miejsce przy jeziorze;
  • planować wizytę w termach albo rano, albo wieczorem, nie „w sam środek dnia”;
  • rozważyć nocleg pieszo od atrakcji (Miskolctapolca/Lillafüred), wtedy auto zostaje pod pensjonatem.

Dodatkowo posiłki opłaca się przesunąć poza standardowe węgierskie godziny obiadowe (12–14). Wtedy skracasz czas oczekiwania w restauracjach przy termach czy nad jeziorem – lepszy jest późny lunch około 15:00 niż walka o stolik w szczycie.

Czy Miszkolc i okolice nadają się na wyjazd z dziećmi?

Dla wielu rodzin kluczowe jest połączenie „coś dla dorosłych” z „coś do wybiegania dla dzieci”. Miszkolc i Miskolctapolca dobrze to łączą: w mieście są sklepy, place zabaw i komunikacja, a w Miskolctapolca dodatkowo strefy zewnętrznych basenów i park wokół term. Szlaki w okolicy Lillafüred da się dobrać tak, by były krótkie i bardziej spacerowe niż „wysiłkowe”.

Przy dzieciach lepiej planować:

  • krótsze trasy w górach z częstymi przerwami;
  • wcześniejsze wejście do term, zanim zrobi się naprawdę tłoczno;
  • elastyczny plan – w razie kiepskiej pogody zawsze zostają muzea, piwnice winne (dla dorosłych) i knajpy, gdzie można spędzić dłuższy wieczór.
  • Dla nastolatków dodatkowym plusem jest miejski charakter Miszkolca – nie czują się „odcięci od cywilizacji” jak w bardzo małych kurortach.

Co robić w Miszkolcu i Bükk, jeśli trafi się zła pogoda?

Bywa tak, że cały plan oparty na trekkingu rozsypuje się po spojrzeniu w prognozę. W Miszkolcu nie oznacza to jeszcze „siedzenia w pokoju”: można przesunąć wizytę w termach na deszczowy dzień, a lżejsze aktywności zostawić na okno pogodowe. Ciepła woda w jaskini przy pochmurnym niebie ma zresztą swój urok – para i krople deszczu nad zewnętrznymi basenami tworzą ciekawy klimat.

Poza termami zostają:

  • miejskie muzea i teatry przy ulicy Szent István;
  • lokalne knajpy z kuchnią węgierską – dobry moment na „powolny” obiad;
  • piwnice winne w regionie (dla kierowców – z rozsądkiem albo z noclegiem po drodze).
  • Przy dłuższym weekendzie łatwo też zamienić dni miejscami: góry przenieść na suchy dzień, a atrakcje „pod dachem” na ten najbardziej deszczowy.

Czy Miszkolc to dobra alternatywa dla Egeru lub Budapesztu na krótki wyjazd?

Kto raz wysiądzie w Miskolctapolca i poczuje zapach siarki, szybko widzi różnicę: to nie jest „pocztówkowa” stolica ani elegancki Eger. Miszkolc jest bardziej roboczy, mniej wypolerowany, ale dzięki temu spokojniejszy i bardziej autentyczny. W zamian dostajesz:

  • termalne kąpiele w jaskini – czego nie ma ani Budapeszt, ani Eger w takim wydaniu;
  • bliskość prawdziwych górskich szlaków w Parku Narodowym Bükk;
  • Źródła

  • Hungary – Miskolc. Hungarian Tourism Agency – Informacje o mieście Miskolc, charakterystyka regionu północnych Węgier
  • Bükk National Park – General Information. Bükk National Park Directorate – Opis Parku Narodowego Bükk, topografia, szlaki, ochrona przyrody
  • Miskolctapolca Cave Bath – Visitor Information. Miskolctapolca Barlangfürdő – Dane o termach jaskiniowych, godziny otwarcia, charakterystyka kąpieliska
  • Tourist Map of Bükk Mountains. Cartographia Kft. – Mapa turystyczna gór Bükk, szlaki w rejonie Lillafüred, Répáshuta, Bánkút
  • Miskolc City Guide. Municipality of Miskolc – Oficjalny przewodnik miejski: dzielnice, komunikacja, główne atrakcje
  • Lillafüred and Lake Hámori – Tourist Brochure. Borsod-Abaúj-Zemplén County Tourism Office – Opis Lillafüred, jeziora Hámori, atrakcji i możliwości rekreacji
  • Hungary – Travel Guide. Lonely Planet – Przewodnik po Węgrzech, rozdziały o Miszkolcu, Egerze i północnym regionie
  • Northern Hungary – Regional Tourism Overview. Hungarian Central Statistical Office – Statystyki ruchu turystycznego, popularność regionu północnych Węgier